Tomaš Halik – Cierpliwość wobec Boga(3)

Spotkanie wiary z niewiarą

Część 3

Trzecie spotkanie z książką T. Halika, z wybranymi  przeze mnie tekstami ma przybliżyć nam jego rozważania dotyczące cierpliwości wobec Boga i spotkania wiary z niewiarą.

W rozdziale „Zwierciadło Wielkiej Nocy” T. Halik przypomina nam wielkiego Apostoła Narodów św. Pawła, jego drogę nawrócenia i rolę jaką pełnił w tworzącym się Kościele. Mówi tak: Dopiero dzięki Pawłowi chrześcijaństwo przekracza nie tylko kulturalne i religijne granice Izraela, ale burzy wszelkie dotychczas nienaruszalne granice ówczesnego społeczeństwa: nieważne już, czy człowiek jest żydem, czy poganinem, mężczyzną czy kobietą, niewolnikiem czy wolnym. Wszystkie te bariery zostają zrelatywizowane przez to, co dla Pawła jest absolutne: nowość życia w Chrystusie – osiągnięcie wolności, do której wszyscy jesteśmy powołani, do której zostaliśmy wyzwoleni przez Chrystusa i którą musimy za wszelką cenę obronić.

 Paweł całą swoją ewangelię, całą swoją wersję chrześcijaństwa opiera tylko i wyłącznie na Wielkiej Nocy – Eucharystii, Krzyżu i Zmartwychwstaniu.

Jezus – a po nim Paweł – zastępuje religię norm religią miłości. Tak, chrześcijaństwo czyni bardziej radykalny krok zastępując starotestamentowe przymierze nowym przymierzem, które nie jest oparte na prawie, ale na miłości.

„Miłujcie się nawzajem, jak a was umiłowałem”

Halik pisze, że człowiek chce stale rozumieć Boga, pojąć Go, odkryć Jego tajemnicę i słusznie uważa, że może mu się to udać jedynie wtedy, gdy sam w jakimś sensie będzie jak Bóg. Istnieją jednak dwie krańcowo odmienne drogi, w jaki sposób być jak Bóg;

– droga „poznania Boga” ( w tym sensie, że zrywam zasłonę Jego tajemnicy i sam uzyskuję pewność wiedzy, będę więc mógł sam decydować, co jest dobre a co złe) lub też

– „droga bycia” – być jak Bóg, w taki sposób, że swoim postępowaniem naśladuję niedorzeczną logikę miłości, pełną paradoksów.

Pierwszą proponuje szatan Adamowi w raju, drugą proponuje Jezus (bądźcie jak  Ojciec mój niebieski, który pozwala swemu słońcu świecić, a deszczowi padać na dobrych i złych). Tę drugą drogę Paweł radykalizuje mówiąc:  bądźmy głupcami w Chrystusie – niedorzeczna Boża sprawa jest silniejsza niż ludzie….

Boża logika jest inna niż ludzka, a człowiek musi ją przeżyć jak paradoks – tych właśnie paradoksów pełne są Jezusowe przypowieści oraz Pawłowa teologia krzyża, wiary i łaski.

Irracjonalność Boga paradoksów, którego przedstawił Jezus i Paweł – tkwi wyłącznie w sferze „niedorzecznej”(niezasłużonej) miłości i w nadmiarze łaski, która przekracza i obala rozumne kalkulacje – stąd często nasza pozycja to pozycja obrażonego syna z przypowieści o synu marnotrawnym lub robotnika, który znosił trudy całego dnia i upału i „słusznie” zwraca uwagę, że robotnicy ostatniej godziny dostali tę samą zapłatę.

Nasze prawnicze myślenie, naszą wyrachowaną sprawiedliwość Bóg przewyższa wielkodusznością swojej bezgranicznej miłości – która objawia się w paradoksie wydarzenia paschalnego.

Mówimy, że Bóg jest nieznany dlatego, że jest tak bliski. T. Halik przypomina nam, że nie widzimy światła, tylko oświetlone rzeczy, nie widzimy swojej twarzy tylko jej odbicie w lustrze. Także Bożą twarz możemy zobaczyć tylko w zwierciadle, którym wg Pawła jest Jezus i Jego wydarzenie paschalne.  W krajobrazie Pawłowego myślenia dominuje krzyż – i to do tego stopnia, że czasami wydaje się nawet, że sama nowina o Zmartwychwstaniu znajduje się jakoś „w cieniu krzyża”.

Halik uważa, że podczas gdy nowina o Zmartwychwstaniu byłaby „bez krzyża” (i wszystkiego co krzyż oznacza włącznie z opuszczeniem Jezusa przez Ojca) w pewnym sensie niebezpieczna, krzyż w pewnym sensie zawiera już w sobie zwycięstwo, które potem w pełni zwieńczy „rano po sobocie” pusty grób i to, co o nim słyszymy od anioła. Paweł żarliwie stara się o to, by nie zniweczyć Chrystusowego krzyża. Ta nowina nie powinna być zniweczona, osłabiona – także przez zbyt powierzchowne pojmowanie Zmartwychwstania. To nie cud, jak w Kanie Galilejskiej ani jak przywrócenie do życia Łazarza. Nasza wiara w Zmartwychwstanie sprawdza się przez nasze współuczestnictwo w tym wydarzeniu, nasze „współzmartwychwstanie”.

Według Pawła także my zmartwychwstaliśmy już razem z Chrystusem, więc musimy żyć teraz w całkiem nowy sposób. T. Halik wierzy, że wiara w Zmartwychwstanie i gotowość chrześcijanina do zaświadczenia o obecności i żywotności Chrystusa czerpią swoją siłę z wydarzenia Zmartwychwstania, a nie jedynie z inspirowanej siły jakiegoś mitologicznego obrazu.

Halik mówi, że wierzy wraz z Pawłem, że jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremna jest nasza wiara – ale również daremna, marna i pusta byłaby nasza wiara w Zmartwychwstanie, gdyby pozostała jedynie na płaszczyźnie osobistych poglądów i przekonań i nie miała wpływu na nasze życie, gdybyśmy i my nie powstali do nowego życia.

Całe ludzkie doświadczenie, rozum i zmysły nie są w stanie odwalić grobowego kamienia skrywającego tę tajemnicę, tylko wiara wspierana nadzieją i miłością słyszy nowinę o Zmartwychwstaniu.

Z rozdziału „Czas uzdrowienia” wybrałam kilka myśli dotyczących spotkania Jezusa z Zacheuszem. Imię celnika Zacheusza było zapewne zhellenizowaną formą hebrajskiego imienia, które znaczy „czysty”, niewinny. W przypadku Zacheusza mogło to brzmieć ironicznie, gdyż  Pan Czysty był najbardziej znany w związku z brudnymi pieniędzmi. Kiedy Jezus wszedł do jego domu nastąpiło oczyszczenie, pokuta, nawrócenie i uzdrowienie; znalezienie tego, co zostało zgubione. Zacheusz, który w swoim otoczeniu uchodził za grzesznika i w końcu sam uznał, że oszukuje i okrada swoich bliźnich, że to i owo niesprawiedliwie na nich wymuszał, wszedł na koronę sykomory nie tylko dlatego, że był niskiego wzrostu. Jego ukrycie i oddalenie od tłumu wskazuje na to, że był świadom, przynajmniej w głębi duszy, że jest grzesznikiem, „synem Adama”. A jednak Jezus uzna go publicznie za „syna Abrahama”, syna ojca wiary.

Zacheusz ze swojego drzewa nie wypatruje ze strachem, ale z tęsknotą i ciekawością. Jego ciało jest ukryte, ale jego dusza pozostaje otwarta. I dlatego może usłyszeć i przyjąć wezwanie. Zacheusz wezwany postanowił zejść choć nie mógł dokładnie wiedzieć co go czeka. To zejście to akt wiary i gotowość do przyjęcia wezwania i spełnienia go. Jezus przychodzi do jego domu pokazując, że ten pogardzany człowiek jest z rodziny dzieci Abrahama. Jezus przyszedł i przyniósł dar. Zbawienie jest tym darem, nie nagrodą. Zacheusz ten dar przyjmuje najpierw przez zawierzenie, że przyjmuje wezwanie a następnie przez decyzję naprawy swojego życia. Zacheusz spotkał się z Jezusem i to spotkanie było pełne zaufania i radości. Jest to wydarzenie wiary. Ta wiara wyzwala nasze sumienie z niewoli kłamstwa, wymówek i zapomnienia i dlatego uzdrawia, wskrzesza i prowadzi do pełni prawdy. W Nowym Testamencie spotykamy się z określeniem „czynić prawdę” czyli postępować odpowiedzialnie a nie tylko reagować. Prawdziwie wolne postępowanie wypływa z wnętrza, ze świątyni sumienia ale musi być ono rozbudzone i wyzwolone, musi także dojrzewać, być formowane i pielęgnowane.

Pod koniec swoich rozważań w rozdziale „Święty Zacheusz” autor przedstawia nam inną wersję dalszego życia Zacheusza. Zacheusz spełnił wszystko, co obiecał Jezusowi, a nawet więcej i zmarł w późnym wieku otoczony miłością i wdzięcznością swoich krajan z Jerycha i okolicy. Dostąpił zbawienia, ale oficjalne czynniki watykańskie nie uznały go za świętego (bo nawet nie był ochrzczony), natomiast Jezus nie odmówił mu aureoli, nawet powierzył mu specyficzną misję utrzymywania kontaktów między niebem i ziemią: święty Zacheusz stał się patronem i orędownikiem wszystkich poszukujących, „wypatrujących”. A jego zadaniem nie jest o dziwo ich nawracanie, ale czuwanie nad ich cierpliwością w przedsionku wiary. Bóg musi bowiem mieć swoich ludzi także za drzwiami budynków kościelnych, ma ich także w zagmatwanych labiryntach szukania, tam gdzie „pobożni” nigdy nie zabłądzili, czy nawet nie odważyli się wejść – i właśnie tam musi ktoś te Boże dzieci chronić i wstawiać się za nimi.

Również na „drugim brzegu” jest wielu takich, do których odnosi się Jezusowe: „Niedaleko jesteś od Królestwa Bożego”. Jak to zrobić, żeby, tłumacząc to określenie, była to dla nich rzeczywiście dobra nowina, w jaki sposób ma zaistnieć Jezusowe przesłanie, by do nich przemówiło po imieniu, by wypowiedziane przez nas nie wystraszyło ich, a przez to jeszcze bardziej nie oddaliło i zraziło?   Jak to zrobić, żeby było postrzegane rzeczywiście jako bohaterskie zaproszenie odwołujące się do ich wolności, a nie natrętna próba aroganckiego zawłaszczenia sobie tych, którzy nie chcą być nasi? Jak okazać takt i „duszpasterską przezorność”, ale i tę miłość, która pozwala innemu być innym, szanuje tę inność i nie chce wszystkiego co odmienne przerobić na takie samo, a cudze na swoje?

I dla przykładu cytuje T. Halik słowa ks. Tischnera, iż nie zna nikogo, kto odszedłby od wiary po przeczytaniu „Kapitału” Marksa, za to zna wielu takich, którzy odeszli od wiary na skutek głupich kazań swojego proboszcza.

Autor mówi, że prawdziwa radość czy prawdziwy ból a nawet zwykłe zadowolenie  przybliża nas do Stwórcy, natomiast gdy człowiek pielęgnuje w swej duszy chandrę, pesymizm, użalanie się nad sobą, to jest właśnie siedlisko, gdzie „diabłom żyje się najlepiej”.

Halik mówi, że Bóg ma swoich ulubieńców, których imiona strzeże w swoim sercu i nie zdradzi ich nawet watykańskiej Kongregacji do spraw Świętych. Proponuje polecić świętemu Zacheuszowi wszystkich tych, którzy całe życie zmagają się z poszukiwaniami, oczekiwaniami i wieloma pytaniami.

W ostatnim rozdziale „Wieczny Zacheusz” T. Halik przedstawia nam zupełnie inne zakończenie życia Zacheusza. Dosyć szybko Zacheusz zapomniał o spotkaniu z Jezusem, tak że nie zdążył obejść wszystkich, których oszukał i tym samym wynagrodzić im wszystkim tak, jak obiecał. To, co obiecał podczas spotkania Jezusowi i sąsiadom wydało mu się zbyt radykalne – krótko mówiąc trochę się pospieszył, to się zdarza! I tak krok po kroku Zacheusz wrócił do dawnego życia. Dopiero u schyłku lat przypomniał sobie o wszystkich ówczesnych zamiarach: ale było to już po tak długim czasie, że praktycznie nie mógł już nadrobić tego co zaniechał. Upadł więc na twarz przed Panem prosząc Go, aby sam wyznaczył mu odpowiednią pokutę. Bóg jest miłosierny – a Zacheusz jest przecież synem Abrahama. Otrzyma więc następującą pokutę: podobnie jak Żyd, wieczny tułacz, musi iść wciąż przez świat, tak Zacheusz otrzymuje zadanie, które będzie trwać przez stulecia: musi wędrować od miasta do miasta, od ukrycia do ukrycia i wszędzie z pewnej odległości musi uważnie nasłuchiwać, co się wkoło dzieje i o czym się mówi – i zostanie z tego zwolniony dopiero wtedy gdy znowu wśród wszystkich głosów usłyszy głos Chrystusa.

Szedł przez wieki i ileż się musiał nasłuchać. Iluż fałszywych proroków przeszło, ilu z nich zaklinało się nawet imieniem Jezusa, ale za każdym razem coś go jeszcze wstrzymywało, że to jeszcze nie ten głos Chrystusa w pełni i czystości. Słuchał i czekał, czekał i słuchał wciąż.

I teraz T. Halik zadaje pytania: Co usłyszy w naszych czasach? Co by było, gdyby Jezus na końcu wieków znalazł na ziemi Kościół, ale nie znalazłby wiary? Gdyby znalazł religię, ale nie znalazłby wiary? Co by było, gdyby znalazł sto szkół duchowości, ale nie znalazłby wiary?

Wiara, jeśli jest rzeczywistą wiarą, jest cierpliwa a nawet więcej, jest cierpliwością. Podobnie jak w cierpliwości do drugiego człowieka objawia się miłość, tak i w pewnej odmianie cierpliwości wobec wszystkiego, co trudne, twarde, wieloznaczne obecna jest także wiara. Św. Teresa z Avili mówiła: „Cierpliwością można osiągnąć wszystko”.

Ważny jest moment decyzji, jasnej decyzji dla Chrystusa, ale nie tylko decyzja jest ważna, ale również wytrwałość i cierpliwość w tym, co potem nastąpi. Dalej T. Halik mówi, że cierpliwość jest tą furtką otwartości przez którą w naszą wiarę wlewa się łaska Boża, owa pierwsza przyczyna naszego zbawienia i czyż łaska nie jest cierpliwością Jego miłości do nas, Jego wiary w nas? I czy cierpliwość ludzkiej wiary nie jest ogniskiem, w którym Bóg może rozpalić ogień Ducha Św., a ludzką wiarę przetopić w wiarę Bożą, która potrafi czynić cuda? Naszą cierpliwością wobec Boga jest cierpliwość jaką wobec wieloznaczności zagadek wykazujemy przez odrzucenie pokusy ucieczki na drogę zbyt łatwych odpowiedzi.

Jeśli Bóg wykazuje tak wiele cierpliwości wobec nas, to czy nie możemy Mu odmówić przynajmniej tej naszej ludzkiej, ograniczonej przez kruchość naszego człowieczeństwa, cierpliwości, nadziei i miłości – i to w chwilach, gdy nie mamy tyle pewności i otuchy, ile byśmy sobie życzyli; w chwilach mroku i pustki, gdy nie pozostaje nic innego jak czekać….

„Czekanie na Boga” nie odbywa się jedynie w „przedsionku wiary”, ale jest częścią serca samej wiary. Wątpiącym i niezdecydowanym może być pomocne zdanie, które T. Halik powiedział pewnemu rozmówcy: „Wiesz, to nie jest aż tak bardzo ważne, żebyś miał pewność, czy wierzysz w Boga; ba, wcale nie jest nawet najważniejsze, czy to ty w Niego wierzysz. Ważne, że Bóg wierzy w ciebie. I być może na razie wystarczy, żebyś o tym wiedział”.

Wracając do Zacheusza, który  śmiertelnie zmęczony błądzeniem i daremnym czekaniem, postanawia zwrócić Panu swoje życie i niewypełnione zadanie. Nęka go pytanie, jaki popełnił błąd i wtedy w jego sercu odzywa się głos, który jest rzeczywiście i niepodważalnie głosem Chrystusa: Zacheuszu twoje imię znaczy Czysty – i ono stało się pułapką.  Sam sobie uściśliłeś zadanie, które zostało ci powierzone – jak wtedy, gdy obiecywałeś zadośćuczynienie większe niż tego wymagała sprawiedliwość – i większe niż byłeś w stanie dać. Teraz też twoje samowolne uściślenie nie jest przejawem wielkodusznej miłości, ale uległeś pokusie tego, który zawsze fałszuje i samowolnie uściśla Boże przykazania (tu przypomina kuszenie Adama i Ewy w raju). Ty sam postanowiłeś, że musisz usłyszeć mój głos w jego doskonale czystym brzmieniu, bez domieszki ludzkich słabości, wątpliwości i poszukiwań. Ale w takim kształcie mój głos w ludzkich dziejach od dnia mego Wniebowstąpienia już się nie rozlega. Moje słowa, mój testament, moje Imię powierzyłem ludzkim wargom, które nigdy nie są całkiem czyste, w których zawsze oprócz miłości do Mnie jest też spora domieszka miłości do samego siebie i do rzeczy tego świata. Oddałem się wierze mojego Kościoła, który składa się z grzeszników, nie z aniołów. Byłem także w tych, którzy stoją jeszcze daleko od widzialnych bram, którzy są ubrudzeni i utrudzeni szukaniem i błądzeniem… w nich zwłaszcza powinieneś Mnie szukać.

Zapomniałeś o nasłuchiwaniu mojego głosu w tych, którzy z ciemnej doliny spoglądają na zasłoniętą obłokiem górę mojej tajemnicy. Tam powinieneś Mnie szukać, z tymi ludźmi powinieneś przyjść, ich doprowadzić choćby trochę bliżej mojego progu.

Zacheusz płacząc wyznaje grzech pychy, mówi, że miał zawsze wielkie wymagania względem siebie, ale nie umiał im sprostać i dlatego swoje przesadne ambicje przerzucał na innych. Nie słyszał Bożego głosu, ponieważ pogardzał ich niedoskonałością, tym, że nie są czyści. Już przez to samo ich osądzał i wywyższał się nad nich. Zacheusz prosi, wybacz mi Panie.

A ponieważ Zacheusz był mimo wszystko synem Abrahama, na nowo odnalezionym, Pan rzekł do niego: ”Zejdź z drzewa swojej pychy, Zacheuszu – musisz dziś dla odmiany spożywać wieczerzę ze Mną w moim domu…. Do mego domu można wejść tylko razem z innymi, nie jest to brama wyłącznie dla ciebie. Teraz idź i otwórz ją”.