Tomaš Halik – Cierpliwość wobec Boga(1)

 

Spotkanie wiary z niewiarą

 

Kilka myśli autora, które mnie poruszyły podczas czytania tej książki.

Już w pierwszych słowach prologu autor mówi: „Z ateistami zgadzam się w wielu sprawach, czasem niemal we wszystkim – z wyjątkiem ich wiary, że Bóg nie istnieje.(…)Mnie także często doskwiera Boże milczenie i ciężar Bożego oddalenia.” Ateiści mówią: ”Żaden Bóg nie istnieje” albo „Bóg umarł”. Znam – mówi Halik – „inną interpretację, inną możliwą postawę wobec „nieobecnego Boga”. Znam trzy – głęboko ze sobą związane – sposoby cierpliwości względem Bożej nieobecności. Nazywają się wiara, nadzieja i miłość. Tak, główną różnicę między wiarą i ateizmem dostrzegam w cierpliwości.”

Dalej wymienia Halik trzy postawy : ateizm, religijny fundamentalizm i entuzjazm zbyt łatwej wiary. Uważa, że te postawy są bardzo do siebie podobne, bo szybko potrafią uporać się z tajemnicą, którą jest Bóg. Dla Halika są one nie do przyjęcia gdyż uważa, że człowiek z tajemnicą nigdy nie może się „uporać”. „Tajemnicy – w odróżnieniu od problemu – nie można zdobyć; trzeba cierpliwie przebywać na jej progu i trwać w niej. Nosić ją – jak napisano w Ewangelii o Matce Jezusa – w sobie, w sercu; pozwolić jej tam dojrzewać i przez nią dojrzewać sobie samemu.”

O wierze mówi Halik – że jest nam potrzebna gdy trzeba przyjąć i przecierpieć chwile a niekiedy długie okresy, gdy Bóg wydaje się daleki, gdy pozostaje w ukryciu.  Jej zadanie polega na tym by nauczyła nas żyć z tajemnicą, a nie by ugasiła nasze pragnienie pewności i bezpieczeństwa.

„Wiara i nadzieja to przejawy naszej cierpliwości w takich  właśnie okresach.” Podobnie jest z miłością: bez cierpliwości nie jest prawdziwą miłością. Wiara, podobnie jak miłość, wiąże się nierozerwalnie z ufnością i wiernością, a ich sprawdzianem jest cierpliwość.

Dalej mówi  Halik: „Mało co tak bardzo wskazuje na Boga i tak natarczywie woła o Boga, jak właśnie przeżycie Jego nieobecności. Przeżycie to może jednych prowadzić do „oskarżenia Boga”, które kończy się odrzuceniem wiary. (…) Jestem przekonany, że dojrzała wiara musi zawrzeć w sobie – ale także wewnętrznie przetworzyć i uczciwie, a nie powierzchownie i łatwo, przejść i przezwyciężyć – te doświadczenia z Bogiem i ze światem, które przez jednych określane są patetycznym zwrotem „śmierć Boga”, podczas gdy inni nazywają to „Bożym milczeniem” i „nocą wiary” .”

Halik zaznacza: „ że także „nasza prawda”, prawda wiary jest tu na ziemi, w pewnym sensie „niedopowiedziana” ponieważ w swej najgłębszej istocie pozostaje otwarta na Tajemnicę, która w całej pełni objawi się dopiero na końcu wieków. Dlatego musimy przezwyciężyć pokusę zadufanego triumfalizmu, ponieważ mamy sobie, zarówno z „niewierzącymi”, jak i z wierzącymi, wiele do powiedzenia, i my także powinniśmy słuchać i uczyć się”.(…) Nie powinniśmy – pouczeni przez Apostoła Pawła – prosić, aby ciało chrześcijaństwa zostało pozbawione owego ościenia, lecz oścień ateizmu powinien stale wybudzać naszą wiarę z błogiego spokoju fałszywych pewników ku większemu zaufaniu do mocy łaski, która najpełniej przejawia się właśnie w naszej słabości”.

Por. z 2 Kor 12, 7-10:

7 Aby zaś nie wynosił mnie zbytnio ogrom objawień, dany mi został oścień dla ciała, wysłannik szatana, aby mnie policzkował.8 Dlatego trzykrotnie prosiłem Pana, aby odszedł ode mnie, 9 lecz [Pan] mi powiedział: <Wystarczy ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali>. Najchętniej więc będę się chlubił z moich słabości, aby zamieszkała we mnie moc Chrystusa. 10 Dlatego mam upodobanie w moich słabościach, w obelgach, w niedostatkach, w prześladowaniach, w uciskach z powodu Chrystusa. Albowiem ilekroć niedomagam, tylekroć jestem mocny.”

Halik mówi, że „Również ateizm może być pomocny w „przygotowaniu dróg Pańskich”, nie można mu jednak pozostawiać ostatniego słowa, jak czynią to ludzie niecierpliwi”.

W rozdziale „Przemówić do Zacheusza” Halik opisuje swoje wystąpienie w Parlamencie czeskim, gdzie zacytował Ewangelię wg św. Łukasza o Zacheuszu i porównał opisywane tam zdarzenie z postawą chrześcijan w swoim kraju.

„Kiedy wraz z upadkiem komunizmu uczniowie Chrystusa wznowili po długim czasie publiczną działalność, wszędzie widzieli wokół siebie mnóstwo ludzi bijących im brawo; wśród nich było też może trochę takich, którzy wcześniej wygrażali im pięściami. Nie zauważyli chyba jednak, że pobliskie drzewa były pełne Zacheuszów.Tych, którzy nie chcieli czy nie mogli wmieszać się w tłum starych lub całkiem nowych wiernych, chociaż nie byli obojętni ani wrogo nastawieni. Owi Zacheusze, ludzie poszukujący i pełni ciekawości, chcieli równocześnie zachować dystans i obserwować wszystko z lotu ptaka; ta dziwna mieszanina pytań i oczekiwań, zainteresowania i nieśmiałości, a czasem może nawet poczucia winy i jakiejś „niestosowności” trzymała ich za zasłoną liści sykomory. Jezus do Zacheusza przemówił po imieniu, zachęcił go, by wyszedł z ukrycia. Zaskoczył go zamiarem przyjścia pod jego dach;”

Zacheusz postanowił zmienić swoje życie i wiemy, że „zbawienie stało się udziałem jego domu”.

I tu Halik mówi: „Kościoły naszych czasów nie potrafiły jednak przemówić w taki sposób do swoich Zacheuszów. (…)Przemówić do Zacheusza może jednak tylko ten, dla kogo ów człowiek ukryty w gałęziach sykomory nie jest kimś obcym i nieznajomym; ten, kto nim nie pogardza i komu nie jest obojętny; ten, dla kogo nie jest dalekie także to, co dzieje się w jego myśli i sercu.

Zacheuszów jest wśród nas niemało – los naszego świata, Kościoła i społeczeństwa zależy być może, bardziej niż skłonni jesteśmy przypuszczać, także od tego, czy Zacheusze zostaną pozyskani, czy nie.”

Halik nie chce w swoich publikacjach pouczać i dawać ostatecznych odpowiedzi na drodze wiary. My nie rozwiązujemy problemu, bo ciągle jest przed nami tajemnica niezgłębiona. „…nie wolno nam nigdy schodzić z drogi szukania i stawiania pytań. Tak, nasza droga tropem Zacheusza oznacza często drogę prowadzącą od problemów do tajemnicy, od pozornie ostatecznych odpowiedzi z powrotem do pytań.”

Dalej pisze Halik : „Zrozumiałem, że „spotkanie z Bogiem”, nawrócenie, przyjęcie z wiarą tego, w jaki sposób Bóg się objawia, a Kościół to objawienie przekłada, nie jest końcem drogi. Wiara jest „kontynuacją”, przypomina na tym świecie nigdy niekończącą się drogę. Prawdziwe poszukiwanie religijne w naszym życiu tu, na ziemi, nigdy nie może zakończyć się tak, jak kończy się udane poszukiwanie jakiegoś przedmiotu, to znaczy – jego znalezieniem i posiadaniem; nie zmierza bowiem do żadnego przedmiotowego celu, lecz do serca Tajemnicy, która jest niewyczerpana, która nie ma dna.”

Halik zadaje sobie pytanie jako kapłan, „co to właściwie znaczy, przybliżyć kogoś do Chrystusa, a przez Chrystusa do Boga.” Nie sądzi, aby to było takie proste. Ksiądz nie może być „agitatorem, propagatorem, człowiekiem prostych haseł i sprytnej manipulacji innymi”. Uważa, że „jego rolą jest raczej cierpliwe – z wielkim szacunkiem dla każdego człowieka – towarzyszenie innym, „ofiarowanie się” im, podprowadzanie do bram tajemnicy, a nie „pozyskiwanie” w stylu, w jaki politycy czy handlowcy wzbudzają zainteresowanie swoim najnowszym towarem.”

W rozdziale „Błogosławieni, którzy stoją z dala”  Halik mówi o działalności i nauczaniu Jezusa jako o „przewartościowaniu wszystkich wartości”. Ta „Boża rewolucja” bardzo trafnie została zapowiedziana w Ewangelii wg św. Łukasza hymnem Maryi podczas nawiedzenia św. Elżbiety.

„Rozprasza pyszniących się zamysłami serc swoich. Strąca władców z tronu, a wywyższa pokornych. Głodnych syci dobrami, a bogaczy odprawia z niczym” (Łk 1, 51-53). Podobnie jak w znanym powiedzeniu „ostatni będą pierwszymi, pierwsi ostatnimi”. Ci z obrzeża są błogosławieni, bo to oni znajdą się w centrum, w sercu – to też może być interpretacja Jezusowych słów i czynów.

„Wielu spośród tych, których inni uważali za centrum nie do ruszenia, Jezus odsuwa na bok …W centrum natomiast stawia wartość, której nigdy nie relatywizuje, jedyną, którą uważa za absolutną – miłość.”

Halik mówi, że przecież Jezusa nie możemy traktować jako pracownika socjalnego ani politycznego reformatora. Jego opcja na rzecz ludzi z obrzeża ma nie tylko wymiar społeczno-ekonomiczny. Rozmyślając dalej o spotkaniu Jezusa z Zacheuszem zadał sobie autor „pytanie, czy aby jednym ze składników pełnego naśladowania Jezusa nie jest jeszcze coś innego: zainteresowanie, wręcz opcja na rzecz ludzi z obrzeża wspólnoty wiary”. Na rzecz tych, którzy przebywają w „szarej strefie” między religijną pewnością a ateizmem, ludźmi wątpiącymi i poszukującymi.

„Oczywiście, w tych „poszukujących” strefach wód łowią dziś misjonarze wszystkich niemal religii, Kościołów i sekt. (…) Ja jednak owego zainteresowania ludźmi z obrzeża nie pojmuję w wąsko misjonarskim sensie. Nie chodzi mi przede wszystkim o ich „nawrócenie” – uczynienie „pewnych” z „niepewnych”. Oczywiście, trzeba ich uczyć, głosić kazania, przekonywać i nawracać, udzielać odpowiedzi na pytania szukających, przecież Jezus także uzdrawiał chorych i kazał karmić głodnych. (…) Jednak nawet Jezus nie czynił wszystkich głodnych sytymi (oparł się wręcz, jako szatańskiej, pokusie przemiany kamieni w chleb), a ludzi ze społecznego marginesu  nie przyprowadził do centrum drogą rewolucyjnego przewrotu, żeby uczynić ich silnymi i bogatymi. (…) Powiedział o ubogich, płaczących i prześladowanych, że są błogosławieni: jako Mistrz paradoksu pogratulował im. (…) On czyni z ubóstwa metaforę otwartości na dary Boże. Należy zachowywać ducha ubóstwa, nie zajmować miejsca wśród sytych, pewnych siebie i zadufanych, którzy są zadowoleni i zamknięci w sobie.”

Podobnie odnosi to Halik do sfery ducha: „należy zachowywać ducha poszukujących. (…)  Mamy stać się głodujący, podobnie jak mając ducha ubóstwa – mamy stać się otwarci: ponieważ tylko do takich może przyjść królestwo Boże.

(…) Troska o ubogich i bliskość z nimi nie wzbogaca tylko ich, ale także nas, pozwala nam uczyć się ducha ubóstwa i zachowywać go. Również nasza bliskość z poszukującymi powinna nas uczyć otwartości, nie musimy myśleć wyłącznie o tym, że to my mamy ich uczyć i pouczać – wiele bowiem możemy nauczyć się od nich. Także religijnie zadufanym, „sytym” ludziom w Kościele możemy spróbować pokazać, że trzeba przynajmniej czasami wyjść również ku tym, którzy są na obrzeżach  Kościoła, i to nie tylko po to, by ich „nawrócić” i upodobnić do siebie. Móc przez chwilę zobaczyć, jak wygląda Bóg z perspektywy ludzi poszukujących, wątpiących, pytających – czyż to nie nowe, przejmujące, potrzebne i pożyteczne doświadczenie religijne?”