Tomaš Halik – Cierpliwość wobec Boga (2)

Spotkanie wiary z niewiarą

Część 2

Ostatnie słowa jakie wypowiedział Thomas Merton – wg ojca Grunne, który z nim rozmawiał tuż przed jego tragiczną śmiercią – brzmiały:

„To czego się od nas żąda, to nie tyle mówienie o Chrystusie, ale takie postępowanie, by On żył w nas, a ludzie mogli Go odnaleźć czując, jak w nas żyje.”

Tomaš Halik poszukuje wraz z nami odpowiedzi na pytanie : „Jak pozwolić w sposób przekonujący żyć w nas Temu, który potrafił do Zacheusza przemówić po imieniu a dalekich uczynić bliskimi.”

Zastanawiając się nad wspólnotą jaką jest Kościół, gdzie jest w nim centrum, a gdzie obrzeże przytacza słowa św. Teresy z Lisieux: „ W sercu Kościoła, mojej Matki, będę miłością.” Przez wiele lat ta święta nie wchodziła w zakres jego zainteresowań, gdyż znał ją tylko z przesłodzonych figurek i obrazków.

Zastanawiające było to, że właśnie ta „mała święta” została ogłoszona Doktorem Kościoła przez Jana Pawła II choć w odróżnieniu od wszystkich myślicieli, którym ten tytuł przyznawano nie napisała żadnego dzieła teologicznego. Po przestudiowaniu jej biografii, jej tekstów i pielgrzymki do jej grobu, Tomaš Halik odkrywa w jej „małej drodze” lub inaczej w drodze duchowego dziecięctwa całkowity brak infantylizmu.

Młoda karmelitanka przed swoją śmiercią przeżywała wielkie duchowe zmagania i wewnętrzną ciemność; pisała „Już nie wierzę w życie wieczne: wydaje mi się, że po tym śmiertelnym życiu nic już nie ma”, a gdzie indziej: „Dręczą mnie myśli najgorszych ateistów”. Ale dewizą Małej Teresy było: „Z miłości do Boga przyjmować także najdziwniejsze myśli”.

Halik pisze, że najbardziej niezwykły u Teresy był sposób, w jaki przyjęła swoje zmagania z Bogiem, z ciemnością i wewnętrznym opuszczeniem, swoje doświadczenie Bożej nieobecności, zaćmienie swojej wiary. Przyjęła to jako: przejaw solidarności z niewierzącymi. Do czasu swojej nieuleczalnej choroby i bliskiej śmierci nie mogła uwierzyć, że istnieją bezbożnicy nie mający wiary.

Chrystus objawił jej, że rzeczywiście są ludzie żyjący całkowicie bez wiary. „Teresa oznajmia, że traktuje niewierzących jak swoich braci, z którymi teraz siedzi przy wspólnym stole i je ten sam chleb – i prosi Jezusa, żeby od tego stołu nie została odsunięta ponieważ, w odróżnieniu od nich poznała czym jest radość Bożej bliskości… Teresa na progu śmierci wyznaje, że straciła wiarę , całą jej pewność i światło – potrafi już tylko kochać.” Utraciła wiarę, a „ mimo to  na dnie cierpienia pozostaje to czemu poświęciła się na granicy dzieciństwa i dojrzałości i w czym ćwiczyła się cierpliwie….. – cierpliwa miłość.”  I Halik zapytuje „Czy owo piekło jej cierpień i duchowych ciemności nie było już paradoksalnie wejściem „do nieba” – tam gdzie ze wszystkich cnót trwa już tylko jedna?”

Z tych rozważań Halik wyprowadza wnioski, które może są trudne do przyjęcia, że:  wiara może zwyciężyć niewiarę tylko wtedy, gdy ją obejmie czyli należałoby urzeczywistnić wezwanie ostatniego Soboru do „dialogu z ateizmem naszej epoki”. Może należałoby ukazać ateizm nie jako kłamstwo, ale niedopowiedzianą prawdę? Dążyć musimy do dojrzałej wiary, a ona zna wdech i wydech, noc i dzień – ateizm jest tylko jej fragmentem.

Dalej autor, myśląc o duchowej bliskości Tereski wobec stojących z dala, daje przykład życia i śmierci ojca Maksymiliana Kolbe. Ten kapłan zakonu franciszkanów, męczennik Auschwitz w trakcie swej gorliwej działalności apostolskiej trawiony był duchem fanatycznej walki przeciw „żydomasonom”. „Aż w końcu, dziwną ironią dziejów, Bóg postawi go, tego „sprawiedliwego Hioba”…. – w piekle Holocaustu, aby tam właśnie – już nie tylko w widzeniach duchowych, ale przez swoją męczeńską śmierć – stał się solidarny z milionami Żydów i innych ofiar nazizmu, włącznie z komunistami, liberałami i wieloma „bezbożnikami”, których tak się obawiał.

Noc, w którą został wrzucony Maksymilian Kolbe – i której sprostał jako męczennik radykalnej miłości i solidarności… – to nie była już prywatną nocą próby chorej zakonnicy.” Tomaš Halik woła wręcz: „Kto i jak pokaże nam, dzisiejszym chrześcijanom, że nie wolno na przemoc odpowiadać jedynie przemocą, a w dodatku samemu wplątywać imię Boże w absolutnie bezbożne „święte wojny”? W jaki sposób w tak dramatycznych chwilach… – przeżywać solidarność z oddalonymi, oddzielać grzech od grzesznika, jak nazwać zło złem, a przy tym nie tylko słowami ale i czynami pokazać ludziom najbardziej od nas odległym, że możemy nazywać ich braćmi, chociaż oni w ten sposób nie chcą nas postrzegać?”

Rozważania w następnym rozdziale autor zaczyna od słów: Bóg jest Tajemnicą. Ponieważ jednak Biblia jest księgą paradoksów – każde niemal twierdzenie równoważy jakimś innym, faktycznie lub pozornie sprzecznym i dlatego mówi: Bóg stworzył człowieka na swój obraz.

Halik mówi, że: „Każdy człowiek – ja i ty, Zacheusz dnia wczorajszego i dzisiejszego jest obrazem Bożym; Boża nieskończoność może się odzwierciedlać jedynie w nieskończonej różnorodności ludzkiego świata. Każdy z tych Bożych portretów jest całkiem inny – ale każdy jest sygnowany przez Autora, każdy jest autentyczny, każdy jest prawdziwy! Na ile zachowamy wdrukowaną i złożoną w nas przez Boga oryginalność – nie stając się kopią innych, falsyfikatem – na tyle każdy z nas poprzez swą niezamienialną wyjątkowość mówi coś nowego i prawdziwego o Bogu i Jego niewyczerpanej tajemnicy.”

I tu nasuwa się pytanie: „Czy Zacheusz – … nasz obraz, jeśli nie nas wszystkich, to przynajmniej wielu z nas, ten ukryty, a przecież wypatrujący człowiek – nie jest również w jakimś sensie zwierciadłem, podobieństwem, obrazem Boga – to znaczy Boga ukrytego, a jednak wypatrującego nas?”

Musimy też odkryć, że Bóg nie jest tylko „Bogiem naszych ojców”, naszą odziedziczoną wartością, ale także „Bogiem tych innych”. Dopiero wtedy odkryjemy, że to uniwersalny, jedyny Bóg i dlatego to nie jest Bóg, na którego moglibyśmy mieć monopol.

Współczesny francuski teolog Joseph Moingt mówi: „A jeśli w okres między utratą „Boga ojców”, a znalezieniem wiary synów (już nie „odziedziczonej religii”, ale wolnej odpowiedzi na powiew Ducha Św. dzisiaj) wkroczy ateizm – to także tego ryzyka się nie bójmy. Ten czas ogołocenia, ten czas wymiany z obcymi może być czasem bez Boga, ale ten czas nieobecności jest konieczny, abyśmy stworzyli Bogu możliwość by dał się nam taki jaki jest. Musimy pozwolić Mu przyjść w Jego nowości, choć może wtedy w Tym, który przychodzi do nas skądinąd, nie będziemy umieli rozpoznać Boga naszych ojców.”

Bóg wypatruje tych, którzy Go wypatrują i można powiedzieć, że nasze wypatrywanie, nasze duchowe doświadczenie i duchowe doświadczenie tych innych jest sposobem Jego wypatrywania, sposobem w jaki On jest wśród nas. Jest w naszej otwartości.

Bóg jest obecny w samym naszym szukaniu. Nasza otwartość na innych jest naszą otwartością na Boga, ponieważ Bóg przez Chrystusa solidaryzuje się z innymi – a nasza otwartość na Boga i bliźnich jest otwartością na nas i na świat, ponieważ Bóg przez Tajemnicę Wcielenia solidaryzuje się z nami i chce być obecny w świecie przez nasze świadectwo miłości.

Ostatni Sobór podkreślił, że: Kościół jest sakramentem jedności wszystkich ludzi i narodów w Chrystusie (sakrament – symbol a jednocześnie narzędzie) „Kościół był, jest i będzie wielokształtny – i właśnie te spotkania z wielokształtnością powinny chronić nas przed pokusą i  wyrabiania sobie gotowego (czyli nieuchronnie ograniczonego, uproszczonego i powierzchownego) wyobrażenia.”

I tu bp Halik mówi, że nie wiemy jak naprawdę wygląda Kościół w rzeczywistości. Posługuje się tu drastycznym porównaniem do Dulcynei, którą Sancho Pansa widzi jako ubrudzoną, ordynarną służącą, a Don Kichot wielbi jako wytworną damę. Tymczasem okazuje się, że Sancho Pansa pewnych rzeczy ze swojej perspektywy po prostu nie widzi. Obaj to dwie strony człowieka: Don Kichot jest szaleńcem bez Sancho Pansy, podczas gdy Sancho bez Don Kichota jest przyziemnym gamoniem. Obaj nie widzą całej i prawdziwej Dulcynei, albo też obaj mają rację: „Sancho ma z pewnością rację co do jej zewnętrznej postaci, podczas gdy Don Kichot doświadcza także tego, czym Dulcynea jest w ukryciu, w swych możliwościach: nie to czym widzialnie jest, ale także tego, czym mogłaby być – i czym być może w przyszłości nawet się stanie.”

„Gdy czytamy, co pisze Sancho o Kościele w dzisiejszej prasie bulwarowej, nie wątpimy, że jest to na swój sposób jakaś prawda, ale nie jest to prawda cała i pełna. Gdy  medytujemy na wzór mistyków o Kościele jako apokaliptycznej niewieście, zstępującej z góry bez wady i skazy, niczym oblubienica z Pieśni nad pieśniami i Panna Niepokalana, nie wątpimy w prawomocność takiego punktu widzenia; ale też nie możemy zatykać uszu, gdy w zamknięte drzwi pokoiku naszej medytacji zastuka znowu Sancho Pansa, by nas swoimi uwagami ściągnąć z mistycznych wyżyn na ziemię. Jednak cała prawda o Kościele nie mieszka ani na dole, na ziemi, ani na mistycznych wyżynach, ani też „gdzieś pośrodku”. Nie ma dwóch ani trzech Dulcynei, jest tylko jedna Dulcynea, widziana z różnych perspektyw.” Każde pojedyncze , czyli cząstkowe spojrzenie nie jest pełne. „Kościół i Dulcynea (jak każda kobieta) jest tajemnicą.”

„Kościół daje się poznać w różnych fazach zarówno paprazzim z brukowców, jak i teologom czy mistykom  (choć oczywiście nie w tej samej mierze). Jednak jego prawdziwe oblicze ujrzymy dopiero w momencie, który końcowe wersety Biblii przedstawiają jako wspaniałą wizję nadejścia niebieskiego Jeruzalem.”

Halik pragnie „byśmy w końcu uświadomili sobie wraz ze wszystkimi konsekwencjami, że „Ciało Chrystusa” potrzebuje zarówno oczu, patrzących progresywnie przed siebie, jak i nóg, stojących mocno na gruncie tradycji, zarówno rąk , aktywnie włączających się w działalność świata, jak i uważnych, nieprzytępionych uszu, cicho kontemplacyjnie wsłuchujących się w rytm Bożego serca.”